Mołdawia 2015 – Dzień 1

Mołdawia 2015 – Dzień pierwszy

02.08.2015 r.

Mieliśmy wyjechać 31.07. Plan zakładał, iż Grzesiek  wsiądzie w autobus do Przemyśla we Wrocku, a ja dosiądę się w Opolu. We Wrocławiu jednak było tyle ludzi do tego autobusu, że odpuściliśmy. 01.08 Polskim Busem dostaliśmy się do Rzeszowa. Nie zatrzymywał się w Opolu, więc musiałem dojechać do Wrocka.

Przyjechałem, poczekałem. Telefon. Grzesiek  siedzi gdzieś na dworcu. Szukam. Jest ktoś. Moje pierwsze wrażenie było, hmm… Stary, obdrapany rower, nieogolony gość w czapce z daszkiem, potarganych jeansach i niechlujnym, zamazanym tatuażem na ręce. Wyciąga mapę, coś mi tłumaczy. Nie ukrywam, że miałem pewne obawy. Jednak zupełnie niepotrzebne, o tym później.

Z pakowaniem do autokaru masakra. Młody bagażowy udostępnił nam tylny doczepiany bagażnik pionowy, gdzie była wolna tylko najwyższa półka. Mam wysoki rower, więc oprócz odkręcania pedałów, musiałem odkręcić też koło i poskręcać kierownicę z rogami, a wszystko w pośpiechu. Pakuję ten rower sam na górę, Grzesiek poszedł po torby. Rower mi się zsuwa, spada, bo wysoko. Rama porysowana. Bagażowy stoi, patrzy, nie pomoże. Byłem mega wkurzony. Przez lata tak dbałem o ten rower, a tu, po jednym transporcie, tyle zarysowań będzie! Wpakowałem w końcu rower. Z dolnej półki samoistnie spada na chodnik jakaś szmaciana torba z dziurami. W środku rozbijają się szklane butelki i na beton wylewa się żółta ciecz z pianą. Pokazuję to bagażowemu, a ten bierze ową torbę z wyciekającym piwskiem i sruu! – z powrotem na pozostałe, czyste walizki! Bez komentarza. Jedziemy. W autobusie okazuje się, że Grzesiek to bardzo oczytany typ – podróżnik. Trzy miesiące w Indiach, Wyspy Kanaryjskie na rowerach z dziewczyną, itp. No słucham i nie wierzę. Uprawia wolny zawód i może sobie pozwolić na podróżowanie kiedy chce.

Do Rzeszowa docieramy wieczorem. Nie ma nic, co mogłoby nas zabrać do Przemyśla. Bo plan był taki, że dojeżdżamy środkami lokomocji do Czerniowców na Ukrainie, przy granicy z Mołdawią i stamtąd na rowerach przez Mołdawię na Kiszyniów, stolicę państwa. Miały być dwa autobusy do Lwowa w nocy, ale nie przyjechały. Czekaliśmy na nie nie tylko my, ale i grupka Ukraińców. Jeździmy rowerami po Rzeszowie. Wieczorem po mieście kręci się dużo ładnych dziewczyn w wyzywających strojach. Pociąg do Przemyśla, który miał być o północy, miał uruchomioną autokarową komunikację zastępczą. Kierowca nie chciał zabrać rowerów. W związku z tym czekamy do 4:30 na pociąg osobowy do Przemyśla. W międzyczasie bójka między młodymi chłopakami na ulicy – jeden leje drugiego, drugi płacze. Gdy napastnik odchodzi, ofiara wyzywa za nim, więc dostaje bombę po raz drugi.

Koczowanie na dworcu wyglądało tak:

Mołdawia 2015 - Dzień 1 nocleg na dworcu trekkingowo

Grzesiek bez skrupułów rozłożył sobie legowisko i kima. Ja nie zamierzałem spać, a zwłaszcza w taki sposób, więc przez wszystkie te godziny łaziłem wte i wewte. Sokista usuwał z dworca bezdomnych chcących się przespać. Zobaczył śpiącego na podłodze Grześka i mówi pod nosem: No nie! Tego jeszcze nie było! Ale odpuścił. Przychodzi za jakąś godzinę i sprawdza: A panowie to na jaki pociąg czekają? I się odczepił. W Przemyślu udaliśmy się do jakiegoś baru na stacji. Pełno lumpów na zewnątrz, ale w barze nawet przyjemnie i smacznie. Barszcz z kiełbasą, tłuste fryty, kawa i… jazda do Medyki na bicyklach, bo oczywiście nic nie jedzie do Czerniowców (a miało coś być z Przemyśla). Plan się więc zmienił – jedziemy do Medyki, z Medyki środkami lokomocji do Lwowa i stamtąd już na pewno będzie pociąg. Cisnę radośnie do przodu, Grzesiek zostaje w tyle. Nie wiem czy nie ma siły, czy jest mu obojętne – trzyma swoje tempo. Na przejściu granicznym pełno kupców fajek – pytają czy nie mamy do sprzedania. To „mrówki”, o których tyle słyszałem (ci od szmuglowania papierosów). I jeszcze o jednej rzeczy słyszałem jeśli chodzi o Ukrainę – wszechobecnej korupcji. Na szczęście obyło się bez. Nikomu jeszcze nigdy nie dałem łapówki. Może kiedyś będzie ten pierwszy raz :). Biorę sobie na granicy pieczątki, choć nie było to potrzebne. Śliczna ukraińska celniczka pyta mnie co wiozę, a ponieważ nie wiozę nic, co mogłoby ją zainteresować, jedziemy dalej. Wymieniamy kasę na hrywny. Patrzę na ceny w przygranicznym sklepiku – pół litra coca-coli – mniej niż 2 zł! Wow! Szukamy marszruty, która by nas zabrała do Lwowa (małe, żółte, stare autobusy). Jeden kierowca mówi krótko, że nie i odjeżdża. Drugi drapie się w głowę, każe odkręcić koła i pozwala zapakować rowery na tył.

Mołdawia 2015 - Dzień 1 marszrutka rowery trekkingowo

Cena taka jak dla wszystkich – niewysoka – 12 h. W środku swojski klimat – w radiu ukraiński folk. Podziwiamy urodę kilku ukraińskich dziewczyn podskakując, gdy autobus raz po raz wpada w ogromne dziury na jezdni.

Mołdawia 2015 - Dzień 1 marszrutka trekkingowo

Mołdawia 2015 - Dzień 1 marszrutka dworzec

Udało się. Jesteśmy we Lwowie. Kupiliśmy bilety na pociąg do Czerwońców. Trochę było gadania przy kasie naszym łamanym rusko-polskim, ale transakcja się powiodła. Cena biletu z rowerem ze Lwowa do Czerwońców – 135 h. Na miejscowych rozkładach jazdy ciężko nam było znaleźć nasze połączenie i godzinę odjazdu. Mieliśmy kilka godzin do pociągu. Postanawiamy zjeść i pozwiedzać Lwów. Rozkładamy się na trawniku niedaleko stacji. Zresztą nie tylko my. Grzesiek jakieś wegetariańskie dania sobie robi, a ja idę po piwka i fastfooda.

Mołdawia 2015 - Dzień 1 lwów piknik trekkingowo

W międzyczasie zaczepiły go jakieś mamuśki prosząc o nóż i żeby się do nich przysiadł, ale Grzesio chyba odmówił, jak dobrze zrozumiałem. Ceny dużo niższe, niż w Polsce. Co chwila przechodzą ładne nogi. Mam wrażenie, że na Ukrainie mieszkają tylko ładne dziewczyny. Aj aj aj – czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal :). Ruszamy w miasto. Złapałem jakąś sieć. Udało mi się dodzwonić do domu przez Messengera. Przed wyjazdem kupiłem kamerkę sportową i z zamontowaną na kasku jeżdżę po ulicach. Przy okazji też robię zdjęcia klatkowe. Ładne budowle, ale wszystko zaniedbane. We Lwowie mają nawet wyznawców Kriszny! Jadę i filmuję grupkę śpiewaków, tancerzy i grajków :). Słyszę momentami wśród tłumu polskie słowa.

Kiedy wróciliśmy na stację, czekając na pociąg stała się mała tragedia – przez przypadek wcisnąłem na kamerce nie ten przycisk i cały materiał filmowo-zdjęciowy przepadł. Myślę i myślę co by tu zrobić? Mam! Karta idzie do archiwum, kupię nową, a ze starej odzyskam Lwów po powrocie! Tylko gdzie tu kupić nową? Wybiegłem ze stacji, latam, szukam – guzik. W pobliżu nie ma odpowiedniego sklepu. Na stacji, przed pociągiem podchodzi do nas dziadek, zagaduje po polsku, że ma rodzinę w Polsce itd. Miał ciśnienie, żeby pogadać co tam słychać w Polsce, ale my nie :). Konduktor kazał oczywiście rozkręcać rowery, tzn. koła. No więc rozkręcamy zaś w pośpiechu. Wewnątrz okazało się, że mimo, iż te ich wagony wydają się dużo większe, niż nasze, w środku jest bardzo ciasno. Nie mają przedziałów czy wagonów dla rowerów i nikt tam rowerów nie wozi. Bicykle lądują więc na początku wagonu przy drzwiach od toalety, jak w naszych pociągach pośpiesznych (przepraszam, teraz InterCity). Przy wkładaniu roweru do pociągu konduktor przez swoją nieostrożność ułamał mi uchwyt na telefon, który kosztował mnie 50 zł! No ładnie się zaczyna, pomyślałem sobie. Byle już jak najmniej środków lokomocji. Miejsca są przydzielone. Dokooptowano nas do całkiem ładnej i miłej pani. Wymieniamy uśmiechy. Nagle, wejście smoka! Wchodzi starszy, spasiony pan, który siada i kładzie nogi na stoliku. Aha – ważna rzecz – w ukraińskich pociągach są leżanki w przedziałach. Każdy pasażer ma do dyspozycji leżankę z pościelą. Siedzenie się podnosi i pod nim jest metalowy schowek, do którego można zapakować bagaże, bez obawy, że ktoś je gwizdnie, jak będziemy spać. A prycze są piętrowe. Więc jeśli jesteś na dole, to nad głową możesz mieć jeszcze kogoś. Pościel donosi konduktor. Każdy wagon ma swojego kierownika. Grzechu od razu zasypia. O nie! Starszy pan śpi na górze naprzeciwko mnie! Mało tego – do spania rozbiera się prawie do naga przy tej kobiecie, w ogóle się nie przejmując. No więc patrzymy z tą dziewczyną na niego i tylko wymieniamy uśmiechy.

Mołdawia 2015 - Dzień 1 pociąg trekkingowo

Duszno jak nie wiem w tym przedziale. Kanar nie pozwala otwierać okna, bo, jak twierdzi, jest klimatyzacja. No niby coś tam było, ale… Chyba na dole lepiej spać, niż na górze pod tą blachą. W pociągu czytamy sobie przewodniki mołdawskie, z których dowiaduję się m.in. o co chodzi z tym spornym Naddniestrzem, gdzie ostrzegano nas, żebyśmy nie jechali. To niby taka strefa buforowa oddzielająca dwie strefy wpływów, Zachodu i Rosji. Ale łapę na nim trzymają Rosjanie. Problem w tym, że w tej strefie koncentruje się większość energetyki Mołdawii. W rezultacie Mołdawia nie może rozwijać własnej produkcji przemysłowej. Ludzie żyją z roli i z produkcji wina. Biednie. Mam nadzieję, że dobrze to napisałem :). W Mołdawii mają największe podziemne piwnice z rezerwami wina, gdzie jeździ się jakimś pojazdem. Wstęp tylko dla grup zorganizowanych po wcześniejszym umówieniu się z przewodnikiem, za niemałe pieniądze. Gdy dojeżdżamy do Czerwońców, jest godzina 23:00. Na stacji okazuje się, że Grzechowi ułamała się złączka mocująca bagażnik. Bez tego nie pojedzie…

08.jpg

No więc domowymi sposobami trzeba było coś z tym zrobić. Wyciągam klucze, kombinerki, itp. Blaszkę trzeba skrócić. Było z tym trochę zabawy. Całości przyglądali się miejscowi, niezbyt przyjaźnie wyglądający blokersi, komentując między sobą. Chcieliśmy w każdym razie jak najszybciej się stamtąd zwinąć. Udało się. Jedziemy. Od razu po jakiejś stromej ulicy w górę. Pierwsze nocne wrażenie, odbiór miasta – negatywny. Ciemno jak nie wiem, wiatr unosi masę śmieci, walających się po chodnikach, jakiś nieprzyjemny, wszędobylski zapach… W końcu wyjeżdżamy. Z małej szosy zrobiło się coś bardzo szerokiego, niczym autostrada, ale bez żadnych linii na jezdni. Nieprzyjemnie. Na mapie zielona, szeroka droga, ale szybko przywykłem do tego, że to, co wygląda na mapach Ukrainy i Mołdawii jak autostrada, tutaj jest jedynie jakąś szerszą szosą, na której nie ma zakazu wjazdu rowerów. Jest! Jakiś punkt! Stacja benzynowa i to super zaopatrzona, jak Mcdonald. Kupuję jakąś zupę z kulkami mięsnymi, łapię wifi, kontaktuję się przez komunikator ze znajomymi, wysyłam dane endomondo. Zjedli, popili, minęła północ, ruszamy na poszukiwanie noclegu. Szukam na mapie jakiejś bocznej dróżki w pole. Jest. Bingo! Tego nam było trzeba – pola kukurydzy! Rozbijamy namioty, idziemy spać.


 Statystyki:

Mołdawia 2015 - Dzień 1 statystyki 1 trekkingowo

Mołdawia 2015 - Dzień 1 statystyki 2 trekkingowo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *