Mołdawia – Dzień 5

Dzień piąty – 06.08.2015 r.

Pobudka o 6 rano, żeby odebrać powerbank i od razu jechać. Zmarzłem w nocy. Za to wychodząc z namiotu widzę coś, co rekompensuje niewygody. Piękny, słoneczny poranek na wzgórzu!

Mołdawia - Dzień 5 poranek namioty wzgórze trekkingowo

Oczywiście dookoła pełno miejsca, a myśmy się tak cisnęli. W dzień wszystko staje się jaśniejsze. Odbieram bez problemów w pełni naładowany powerbank. Śniadanie jemy przy sklepie. Panie ekspedientki „kibicują” mi w mówieniu moim słabym rosyjskim. Grzesiek postanowił ugotować jajko, a ja kupiłem wędzoną makrelę, bo nie było kefiru, a białeczko musi być. Nigdy więcej! Pełno ości, dużo paprania, ręce całe w tłuszczu.

Jedziemy pod wiatr. Ciężko jak nie wiem, mimo, że po płaskim. I teraz ciekawostka. Wczorajsza droga główna była cudowna. Elegancka nawierzchnia bez dziur. Dziś jest inaczej. Czegoś takiego nie widziałem jeszcze nigdzie, nawet a Rumunii czy Albanii (choć tam drogi są super w porównaniu z ukraińsko-mołdawskimi, a opowieści o ich fatalnym stanie to mity). Otóż drogę na odcinku kilkudziesięciu kilometrów, co kilka sekund, przecinają jakieś prostopadłe, regularnie rozmieszczone bruzdy. Na początku tak bardzo to nie doskwiera, lecz po godzinie jazdy każda bruzda odczuwana jest już w nadgarstkach. Przeklinałem tę nawierzchnię! Jak ona powstała? Z radzieckich płyt polanych cienką warstwą asfaltu?

Na „horyzoncie” widać babuleńkę siedzącą przy drodze z wiaderkiem gruszek. Zatrzymujemy się przy studni. Postanawiam kupić gruszkę. Babcia mi daje, płacę. Nie wiem ile, więc daję jakiś nieduży nominał w banknocie. Babcia nie chce przyjąć. Wciskam jej ten pieniądz. Przychodzi syn albo zięć i babcia pokazuje mu banknot. Domyślam się, że rozmawia z nim o tym, iż dałem za dużo za jedną gruszkę (bo chciała mi dołożyć więcej sztuk).

Upał jak nie wiem. W wiosce Saratenii Vechi odbijamy w bok szukając sklepu. Prosta droga, sklepu nie widać, ale w oddali stoi jakiś dostawczak. Tam musi być centrum i sklep. Były dwa magaziny (pytaliśmy zawsze kuda magazin?). Przy jednym jakieś menelstwo, palące fajki, więc usiedliśmy w cieniu tego drugiego. Godzinę odpoczywamy, jemy, pijemy piwko i gadamy o dziewczynach. Pozwolę sobie zaryzykować stwierdzeniem, że dziewczyny to druga wielka pasja Grześka, zaraz po podróżowaniu 🙂 No i dobrze. Różnie mogło być 🙂

Mołdawia - Dzień 5 wehikuł pod sklepem trekkingowo

Dalej zatrzymujemy się na przystanku z kolorową mozaiką. Widok niecodzienny. Wszystkie ściany w takich płytkach.

Mołdawia - Dzień 5 przystanek mozaika trekkingowo

15 km przed miastem Orhei (Orgiejów) dopada mnie senna faza (niemal zawsze koło 13:00). Mówię do Grzecha, że zaraz spadnę z roweru, musimy się zatrzymać. Jest idealne miejsce do spania. Kawałek od głównej drogi, w cieniu pod wierzbami, rozkładam sobie koc i padam. Grzesiek w tym czasie wytrwale studiuje przewodnik. Spało się nieprzyjemnie, bo cały czas musiałem opędzać się od much, ale drzemka pomogła. Żar leje się z nieba.

Mołdawia - Dzień 5 auto suszone ryby trekkingowo

Tuż przed miastem, zatrzymujemy się w przydrożnej restauracji. Dopadam lodówkę z zimnymi napojami. Uff, jak gorąco! Młoda kelnerka uśmiecha się do mnie, gdy obsługuje innego klienta. Panie kucharki rozprawiają o nas, że turyści (do tego zapewne śmierdzący). Na mapie Orhei wydawało się duże, a tymczasem miasteczko wygląda jak u nas gmina. Ulice jakieś takie wyludnione. W centrum trochę więcej osób się kręci. Ładne dziewczyny. Dużo bardzo młodych mam z wózkami. Jem w barze dużą tortille z kurczakiem za 7 zł. Dużo składników, ale zapomniałem powiedzieć żeby nie lał sosów. W rezultacie upaprałem się przeogromnie. Odpoczywamy pod sosenkami na klombie. Idę po piwko dla nas. Rety, zimne piwo przy mołdawskich temperaturach – to jest to! Na żadnej wyprawie dotąd nie piłem tak często piwa jak w Mołdawii z Grześkiem. Jeśli były jakieś piwa, to jedno wieczorem przed namiotem, ale nie w czasie przerwy. Pokonywaliśmy średnio dziennie ok. 70 km, teren nie był górzysty, więc można sobie było pozwalać na długie przerwy. Z tym alkoholem na rowerze jest tak, że jedno piwo spala się jadąc w pół godziny. Więc można je było traktować jak napój.

Wjeżdżamy na dość duże i strome wzniesienie tuż za miastem. W wiosce po drodze znowu krzyż z trupią czachą pod Chrystusem.

Mołdawia - Dzień 5 krzyż przydrożny trupia czaszka trekkingowo

Na szczycie widać z jednej strony piękną panoramę miasta, z drugiej ? ogromne połacia wypalanej trawy. W Mołdawii podobno nie ma zakazu wypalania, więc rolnicy robią to na ogromną skalę. Zastanawialiśmy się jak oni kontrolują ogień na tak dużych obszarach.

Mołdawia - Dzień 5 wzgórze zachód słońca trekkingowo

Mołdawia - Dzień 5 zachód słońca wypalanie traw trekkingowo

Zdjęcia nie są dobrej jakości, gdyż robione telefonem. Kiedy świeci słońce – jest OK, ale gdy zapada zmrok – tragedia.

Na górze, w otoczeniu winnic, znaleźliśmy ściernisko. Idealne miejsce by rozbić namioty. Było jeszcze jasno. Po 21:00 był tak ciepło, że po „butelkowym prysznicu” chodziłem sobie na luzie bez ciuchów. Przyjemny, ciepły wiaterek muskał skórę, co przynosiło ulgę po upalnym dniu. Był to jeden z lepszych noclegów. A jakie niebo gwiaździste! Chyba dopiero w Mołdawii dane mi było uświadomić sobie, ile gwiazd można zobaczyć na niebie w bezchmurną noc! Dzień wcześniej miałem śpiwór zalany benzyną. Dziś było już w porządku – wywietrzał i nie czuć było w ogóle paliwa. Mieliśmy tego wieczoru czas, żeby zrobić sobie herbatę, czego na ogół nie robię wieczorem, bo jest się zmęczonym i marzy się o spaniu. Gdzieś w oddali słychać strzały myśliwych, motor crossowy i muzykę imprezową. Nie przeszkadza mi to w spaniu. Jest genialnie…


Statystyki:

Mołdawia - Dzień 5 statystyki trekkingowo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *