„Tak jak Bolek i Lolek…” – czyli spływ rzeką Barycz

Był 23 lipca roku pańskiego 2012. Wielu ludzi wierzyło, że to dla nich ostatni rok, bowiem 12 grudnia, wg pewnych wyliczeń z kalendarza Majów, miało dojść do przebiegunowania Ziemi, a wraz z nim do ogromnych fal, które zalałyby cały glob. Jako Polacy mieliśmy już za sobą Euro 2012 i to w sensie organizacyjnym, jak i potencjalnego „zwycięstwa”.

Jechaliśmy pociągiem do miejscowości Odolanów. Na siedzeniu, po przeciwnej stronie, leżał plecak, worek marynarski i torba na kółkach. W tej torbie znajdowało się coś, na czym mieliśmy spędzić najbliższy tydzień, płynąc po rzece – ponton.

Był to mój pierwszy spływ. Wymusiła go sytuacja. Byłem pół roku po operacji przepukliny i lekarz nie zalecał jeszcze ?ekstremalnej? jazdy rowerem. W związku z tym pojawił się pomysł spływu, tym bardziej, że miałem już wcześniej kupiony i przetestowany na Odrze oraz akwenach zamkniętych ponton. Ponton daleki od profesjonalnego. Kupiony w jesiennej przecenie za 200 zł, posiadający plastikowe wiosła, Sea Hawk 3. Do pontonu miały wejść bagaże, ja i moja dziewczyna ? M. Dojazd pociągiem/autobusem, powrót również, czyli całość musiała być w miarę poręczna. Miałem torbę na kółkach, do której pontonik wchodził idealnie. Kupiłem też kiedyś, ogromny, wodoszczelny wór marynarski. Do tej pory jeździł na tylnych sakwach rowerowych.

Wybór rzeki. Na początku marzyła mi się Biebrza. Ale naczytałem się, że prędkość jej nurtu wynosi 1km/h, czyli praktycznie stoi w miejscu. Do tego położenie na drugim końcu Polski, a mieliśmy się zamknąć czasowo w tygodniu. W związku z tym wybrałem Dolinę Baryczy ? miało być blisko i pięknie. Punktem startowym był Odolanów, do którego dostaliśmy się pociągiem z Wrocławia. Mieliśmy płynąć od źródeł rzeki do ujścia, które wpada do Odry.

Nie bardzo wiedziałem, gdzie na pontonie zmieścić wór marynarski z naszymi ciuchami i ekwipunkiem, gdyż na środku znajdowała się torba transportowa z plecakiem. Kupiłem więc tuż przed samym wyjazdem pompowany wagonik ? dziecięce kółko ratunkowe. Wiedziałem od razu, że materiał, z którego była wykonana zabawka długo nie wytrzyma. Z drugiej strony ? Barycz to nie rzeka górska ? nie spodziewałem się szybkiego nurtu, bystrzy i kamieni.

W Odolanowie znaleźliśmy się szybko i łatwo. Zamiast rzeki trafiliśmy na jakiś mały, zarośnięty trawą i nenufarami ciek. To właśnie była ?Barycz? u źródeł.

Jak tu płynąć przez coś takiego? Nim na dobre opuściliśmy miasto, już trzeba było nie tylko przepychać się przez wodne zarośla, po których ponton raczej się ślizgał, niż płynął, ale także w ruch poszła piła do drewna ze składanego zestawu narzędziowego. Na ?cieku? bowiem, położyła się wierzba. Trzeba było obciąć kilka gałęzi, żeby pod nią przepłynąć. Dzień był upalny, z nieba lał się żar, a z głowy pot. Czekaliśmy kiedy znikną liście i trawy z powierzchni wody. Nie zniknęły do końca dnia.

Prędkość poruszania się nie przekraczała 2km/h. Łatwo sobie obliczyć jaki dystans można w taki sposób pokonać dziennie. Niewielki. Gdy zapadał wieczór, byliśmy na wysokości Wróblińca. Tam znalazłem za pomocą telefonu komórkowego gospodarstwo agroturystyczne. Mili państwo gospodarze byli zdziwieni gośćmi. Gospodarstwo niby było, ale nie było. Kiedyś prężnie działało, była tu stadnina koni, można było pojeździć, ale powódź w 2010 roku wszystko zniszczyła. Po stadninie została tylko szopa z pamiątkami. Gospodarze żyli bardzo skromnie i raczej już nie prowadzili działalności gospodarczej. Mimo to, odstąpili nam swoją prywatną przyczepkę kempingową i ugościli tym co mieli. M. bolała bardzo głowa. Wyglądało na to, że od słońca. Jakby mały udar. Trochę mi napędziła strachu, bo rzeczywiście płynęliśmy cały dzień w upale, bez najmniejszego cienia. Podkreślę raz jeszcze, że z płynięciem nie wiele to miało wspólnego. Ślizganie po liściach ? to lepsze określenie. Wiosła cały czas plątały się w gęstej roślinności.

Gospodarze nie chcieli od nas żadnych pieniędzy, a na dodatek miły Pan zaproponował, że podwiezie nas z pontonem nad rzekę. Wóz był konny, ale ciągnął traktor. M. siedziała na nadkolu, a ja na krańcu barierki, zabezpieczając nadmuchany ponton. Jechaliśmy po wertepach, a Pan chyba z radości ?depnął? gazu. Był taki moment, kiedy najadłem się strachu. Cały powóz bowiem chybotał ze starości i mało brakowało, a wylądowałbym pod nim. Spostrzegłem również, że z barierki tuż przy pontonie wystaje ogromny gwóźdź? Ciekawe ile takich gwoździ znajdowało się jeszcze pod pontonem? Tak czy siak, bezpiecznie dotarliśmy z powrotem nad Barycz, zapłaciliśmy za paliwo i fatygę (choć Gospodarz się wzbraniał przed przyjmowaniem zapłaty) i ruszyliśmy dalej.

Trzeba przyznać, że w trakcie całego spływu pogoda dopisywała, może nawet za bardzo. Było bardzo upalnie, a płynęliśmy głównie przez pola i łąki. Rzadko przez las. Gdy zostawiliśmy w tyle gęstą roślinność wodną, zaczął się inny, nieustannie towarzyszący problem. Płycizny. Często woda sięgała do kostek. Trzeba była wychodzić z pontonu i po prostu go ciągnąć. Gdy rzeka jest taka płytka, trzeba zwłaszcza na zakolach tak manewrować pontonem, by płynąć z nurtem, po zewnętrznej stronie ?kolana?. Wówczas jest szansa na taki poziom wody, by obeszło się bez wysiadania z łódki. Biorąc pod uwagę tydzień spływu, trzy dni w zasadzie były ?przechodzone?, a nie przepłynięte.

Był to pierwszy spływ. Wcześniej nie pływałem. Nie znałem specyfiki rzeki, ani tym bardziej hydrologii, nie miałem smartphone?a z gps-em. Jedynie papierowe mapy. Oczywiście Dolina Baryczy to nie Afryka, ale biorąc pod uwagę moje małe wówczas doświadczenie wyprawowe i pierwszy zaplanowany w całości przez siebie spływ (nie czytałem nic na ten temat wcześniej), kłopotów mogło być sporo. Sytuację bardzo pogarszało ponad trzymetrowe koryto rzeki, w którym brodząc nie widać było zupełnie tego co znajduje się na brzegu. Wdrapywać się, po często pionowej ścianie, było ciężko, zwłaszcza przedzierając się przez zarośla i pokrzywy, w ?asyście? much, bąków, kleszczy, itd.

Nieprzyjemna, ale śmieszna z perspektywy czasu, była ?chłosta tatarakiem?. Ponieważ woda z Baryczy zeszła niedawno, to na końcówkach trzcin przybrzeżnych nagromadzone było błoto. Gdy rzeka się zwężała i wtedy było na tyle wody, że można było płynąć, ponton odbijał się od brzegu do brzegu zahaczając o te wysmarowane błotem trzciny. Wówczas nie tylko ?smarowała? się łódź, ale również my, nasze twarze i ubrania. Dzisiaj jest to śmieszne, ale wtedy doprowadzało nas do furii. Sypały się przekleństwa jedno po drugim.

Ponieważ Barycz jest rzeką ?ujarzmioną?, występują na niej śluzy. To właśnie chyba dzięki tym śluzom udawało nam się czasami płynąć po głębszej wodzie. Gdy rzeka stawała się szersza i głęboka wiedzieliśmy, że niedługo będzie jakaś zapora. Ale za zaporą? znowu było wody po kostki.

Wspominałem na początku o kółku ? zabawce, którą ciągnęliśmy za sobą, bo robiła za wagonik dla worka wodoszczelnego z ubraniami. Owy pontonik przebił się chyba na trzeci dzień. I pojawił się kłopot co zrobić workiem marynarskim? Znalazłem rozwiązanie. Bagaż przymocowany został do tylnej burty przy pomocy ekspanderów rowerowych. I to było zdecydowanie lepsze rozwiązanie!

Zdjęcie0263b

Co do przebić i wytrzymałości materiału, z którego zrobiona była nasza główna jednostka pływająca? Po obu stronach rzeki często występowały na długich odcinkach drewniane, zaostrzone kołki powbijane w ziemię. Nie wiem czemu one służyły. Może zabezpieczały przed wypłukiwaniem brzegów? W każdym razie najczęściej były na takiej wysokości względem wody, że schowane były tylko nieznacznie pod jej powierzchnią. Wpłynięcie na nie gumowym pontonem mogło definitywnie zakończyć spływ. Rzeka też do najczystszych nie należy. Meandruje często przy gospodarstwach rolnych, domach, co wiąże się z niespodziankami zanurzonymi w wodzie ? drutami, itp. Przy okazji – nie zapomnę widoku śmieci, które zatrzymały się przy jakiejś naturalnej tamie zrobionej przez bobra. Były tam płycizny, brodziliśmy więc po kostki w wodzie, a wśród tych śmieci na wodzie unosiła się zdechła kura! Fuj! Mimo to, nasz ponton dzielnie znosił szorowanie po dnie oraz kamienie pod mostami. Guma raczej ślizga się po piachu i kamieniach, jeśli tylko ma trochę wody pod sobą. Co innego kajak polietylenowy. Tylko raz pod spodem znalazłem mały uszczerbek gumy ? nakleiłem więc dla pewności łatkę.

? propos – jaka jest różnica między kajakiem a pontonem? W pontonie siedzi się tyłem do kierunku nurtu, więc jeśli się wiosłuje ? nie widać co znajduje się przed nami. Wiosła w pontonie spoczywają na specjalnych mocowaniach przyklejonych do burt ? jak w łodzi. W związku z tym nie czuć ich ciężaru ? po prostu lżej się wiosłuje. To pierwsze zaliczam do wad pontonu, a to drugie to oczywiście zaleta.

Zdjęcie0126

Zakupy spożywcze robiliśmy w wioskach, wodując kajak gdzieś przy moście ? najłatwiej było wyjść na brzeg i mieliśmy pewność, że wyjdziemy na drogę, a nie w jakieś chaszcze. Tych wiosek oczywiście nie było dużo i trzeba było liczyć się z faktem, że przy takiej prędkości jak nasza (2-3km/h) jeden sklep na dzień najczęściej musiał wystarczyć. Trzeba było robić zapasy. Niby Polska, niby wszędzie pola, tak niedaleko do wiosek i miast, do cywilizacji, ale jednak wysokie koryto rzeki i balast w postaci bagażu i pontonu sprawiały wrażenie dzikości tego przedsięwzięcia. I tak miało być ? dziko jak zawsze ? to kocham, tego chcę, kiedy wyruszam na kolejną wyprawę. Przysmakiem naszym w tych upałach stał się kefir. Do dziś pamiętam jego smak i jak znakomicie gasił pragnienie. Od tamtej pory na wyprawach, po drodze, najczęściej staram się kupować kefir, jako deser. Tak mi zostało.

Poza tym jednym noclegiem w gospodarstwie agroturystycznym, o którym pisałem wcześniej, nocowaliśmy na dziko. I tu nowość. Jeżdżąc na rowerze, nie trudno znaleźć dobre miejsce na nocleg, no chyba, że są to góry lub rozciągnięta aglomeracja miejska. Na spływie, gdy nie widać co znajduje się wysoko na brzegu, jest to duży problem. Często płynęliśmy do zmroku w oczekiwaniu na ?dobrą miejscówkę?. Jednak najczęściej dobrych miejscówek nie było. Było za to ?sarnie? spanie. Wychodzenie pod wieczór na brzeg, a w zasadzie wspinanie się po chaszczach i przez pokrzywy, a następnie robienie ?legowiska? w wysokiej trawie. Dwa razy przyszło nam nocować zupełnie w lesie. Klimat nieciekawy, pod wysokimi drzewami, za którymi roztaczała się ciemność. Zachodzącego słońca oczywiście nie było widać. Mroczno, straszno, upiornie. Nie lubię nocować po lasach. Jeśli już, to leśna polana. W nocy w lesie zawsze słychać niepokojące dźwięki. Są to odgłosy zwierząt. Jak nie pobekiwania sarnich samców, to znów dziki ? kwiki, ryki itd. Cały czas coś łazi, szeleści, łamie gałęzie. Trudno o spokojny sen. Jeśli jest się z kumplami albo samemu, to jeszcze ?małe piwo?. Gorzej jeśli jest się z kobietą, na której nam zależy i o którą się boimy. Robi nam się prawdziwie mickiewiczowski ?romantyzm?.

Opowiem teraz jedną z tych ?strasznych? historii, które opowiada się przy ognisku, a po których wszyscy boją się zasnąć. Historia przydarzyła mi się właśnie podczas tego spływu i, o dziwo, nie w lesie. Wydarzyła się natomiast w miejscu, które paradoksalnie miało być bezpieczne i milutkie.

Znajdowaliśmy się przed Żmigrodem. Zapadał wieczór. Postanowiliśmy nocować przed miastem za niewysokimi, elegancko wykoszonymi wałami. Skoszona trawa dawała poczucie obecności człowieka, cywilizacji, bezpieczeństwa, a zapach siana skropiony wieczorną wilgocią rozkosznie napełniał nozdrza i koił zmysły po dziennych trudach. Z siana usypałem legowisko, na którym rozbiłem namiot.

To miała być cicha i dobrze przespana noc. Kąpaliśmy się w rzece. Nikt nie widział, w końcu można było się pochlapać na golasa. Położyliśmy się spać przed 23:00. M. założyła korki do uszu dla lepszego snu. Ja nie. Gdy podróżuję z kobietą, nigdy nie zakładam korków. Ktoś musi być czujny. Próbuję zasnąć. M. już śpi. Słyszę szelest w polu trzcinowym znajdującym się między nami a rzeką. Idzie coś dużego. W ogóle nie przystaje. I nagle słyszę drżenie ziemi, dudnienie w zasadzie. Pomyślałem, że to jakaś pomylona sarna. Jest ich więcej ? ze dwie, ze trzy. Biegną prosto na namiot. Przebiegając tuż koło namiotu usłyszałem chrząkanie i kwiczenie. Ścisnąłem nóż w dłoni, który zawsze leży koło mnie, gdy śpię w namiocie (niby nic, ale daje chociaż pozorne poczucie bezpieczeństwa). W drugiej dłoni miałem alarm 130dB. Bardzo głośny. Nie idzie przy tym wytrzymać. Słyszałem kiedyś o misjonarzu śpiącym w afrykańskim buszu, któremu w progu otwartego namiotu stanął ryczący lew. Misjonarz cofnął się i przypadkowo ręką zawadził o budzik. Dzwonienie zegarka przestraszyło lwa i po prostu uciekł. Zwierzęta boją się głośnych i niespodziewanych dźwięków, dlatego zawsze mam też alarm w pogotowiu.

Już wiedziałem co to było ? pierwsze dzikie i tak bliskie spotkanie z dzikami! W dodatku w nocy! Głupie świnie cwałowały prosto na namiot, minęły go i wbiegły na wał nad rzekę. Oczywiście jeszcze musiały wrócić. I po chwili znowu słyszałem jak zbiegały w trzciny. Sytuacja powtórzyła się jeszcze raz ale gdzieś dalej. Gdy leży się w namiocie, praktycznie na ziemi ? tętent racic jest zatrważający. W dodatku ta świadomość, że tępe świnie mogą nie zauważyć namiotu? Ktoś powie, że nasza wina, bo znaleźliśmy się na ścieżce zwierząt, w dodatku do wodopoju, itd. No tak, ale skąd mogłem wiedzieć?

Długo nie mogłem spać, ale zasnąłem i nic złego nam się nie stało. Drugie spotkanie z dzikim i niebezpiecznym zwierzem – wilkiem, ale już w trakcie innej wyprawy, opisałem tutaj: http://trekkingowo.pl/2016/05/25/o-tym-dlaczego-dobrze-wozic-orez/ Wspominam o tym przypadku tutaj, ponieważ te dwa spotkania, jak żadne inne, odcisnęły się najbardziej w mojej pamięci. Do tego jeszcze należałoby dorzucić sporej wielkości  żmiję armeńską, która w nocy wpełzła mi pod namiot w ogrodzie brzoskwiniowym w górach Armenii.

W trakcie spływu Baryczą bywały też fantastyczne noclegi pod namiotem. Jednym z nich był nocleg na jakiejś łące. Stosunkowo łatwo dało się wyjść na brzeg, zacumować ponton. Była dobra widoczność, widać było zarówno zachodzące słońce jak i jego wschód. W nocy oczywiście gość ? koziołek sarny porykujący i przebiegający koło namiotu, ale kto by się tam bał sarny. Nie zapomnę natomiast poranka ? słońce dopiero wschodziło. Nad łąką widać było jeszcze opary. W oddali pokrzykiwały żurawie, a ja stałem sobie obok namiotu z kubkiem gorącej herbaty w dłoni. Patrzyłem, nasłuchiwałem i delektowałem się chwilą?

Minęło trochę lat po spływie, a mi nadal, jak żywy, pojawia się przed oczyma pewien obrazek, który utkwił w pamięci? Dopływaliśmy do któregoś mostu z kolei. Było ciepło i bezchmurnie. Spostrzegliśmy w oddali, że jacyś ludzie kąpią się w rzece. Okazało się, że była to gromadka dzieci w różnym wieku. Od zupełnie małych 5-letnich do powiedzmy 12-latków. Dzieciaki radośnie się chlapały, pływały i pomogły nam przeciągnąć ponton po kamieniach pod mostem (było płytko). Wokół nie było żadnego dorosłego. Musiały to być dzieci z pobliskiej wsi. Jaki rodzic dzisiaj puściłby takie małe dzieci same nad rzekę? Wspominam z tęsknotą dawne czasy, początek lat 90-siątych, kiedy sam byłem małym chłopakiem. Wychowany na Bolku i Lolku, później Muminkach i Kaczych Opowieściach, spędzałem czas inaczej, niż dzisiejsze dzieci ? na dworze. Większość dzieci spędzało wtedy czas na zewnątrz, a nie przed komputerami, w galeriach i mcdonaldzie. Te dzieciaki znad Baryczy przypomniały mi wakacje spędzane u babci na wsi. Tam też była taka rzeczka? Chciałoby się zacytować słowa piosenki: ?Tak jak Bolek i Lolek, Tytus, Romek i A?tomek, dzieci z Bullerbyn??. Tak swojsko, normalnie, bez alergii, bez sterylnego świata i obawy, że coś się stanie.

W 2012 r. nie miałem jeszcze gps-a, nie rejestrowałem trasy, nie miałem powerbanków i innej elektroniki. Zdjęcia robiłem telefonem z systemem operacyjnym opartym na javie, czyli pospolitym klawiaturowcem. Małą, kieszonkową kamerkę pożyczyłem od kolegi. Brak źródła energii trochę komplikował nagrywanie filmów, ale w Żmigrodzie, miła pani z restauracji, umożliwiła nam podłączenie się do gniazdka. Nie dopłynęliśmy do ujścia rzeki, dotarliśmy do Wąsocza. Nie starczyło czasu głównie z powodu płycizn i niemożności płynięcia. Mimo to, po tej wyprawie postanowiłem kupić porządny kajak pneumatyczny (dmuchany), który sprowadziłem specjalnie z Wielkiej Brytanii. Nie przeszkodziły mi dziki, gzy, komary, mokre ciuchy, błoto, trud i znój. Następnego roku zorganizowałem 3 spływy i wyprawy nowym kajakiem oraz wyprawę rowerową pierwszy raz za granicę. Czemu? Krótko ujmując: ?zew przygody?. A słowami piosenki: ?Gdy woła cię przygody głos, donośny głos?? I mnie taki głos woła co roku. Zaczynam go słyszeć mniej więcej od stycznia?

Co do spływu Doliną Baryczy ? rada praktyczna. Jeśli spływy to wiosną. W lecie niski poziom wody spowodowany jest podobno spuszczaniem wody ze stawów milickich, z których to, tak ? propos, pochodzą najsmaczniejsze karpie w Polsce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *